"– Powiedz, Puchatku – rzekł wreszcie Prosiaczek – co ty mówisz, jak się budzisz z samego rana?
– Mówię: „Co też dziś będzie na śniadanie?” – odpowiedział Puchatek. – A co ty mówisz, Prosiaczku?
– Ja mówię: „Ciekaw jestem, co się dzisiaj wydarzy ciekawego”.
Puchatek skinął łebkiem w zamyśleniu.
– To na jedno wychodzi – powiedział."

Georg R.R. Martin, "A w tunelach panował mrok"

Dzisiejszym wpisem rozpoczynam nowy cykl recenzji "recenzje na dwa głosy", w którym wraz z Błażejem* będziemy umieszczać recenzje książek, filmów i opowiadań, które z jakiegoś powodu wywarły na nas wrażenie (a przynajmniej na jedno z nas).
Na dobry początek wybraliśmy krótkie, stosunkowo stare opowiadanie Georga R.R. Martina, wydane w polskim przedruku czasopisma "Fantasy&ScienceFiction"z 2000 r.

Bo nie będę ukrywać, że fantastyki i SF będzie w tych recenzjach najwięcej.


A w tunelach panował mrok (Dark, Dark Were the Tunnels)
Georg R.R. Martin, 1973

Georg R.R. Martin jest ostatnio znany przede wszystkim z głośnej sagi "Pieśń lodu i ognia". Liczba oglądaczy stworzonego na podstawie jego książki serialu rośnie ponoć z dnia na dzień. Mało kto jednak wie, że Martin publikuje swoje opowiadania już od wczesnego dzieciństwa (pierwsze opowiadani napisał w szkole podstawowej) i ma na swoim koncie równiez szerg utworow literackich zaliczanych do klasyki SF i horroru. Był zresztą pierwszym autorem, który w jednym roku otrzymał dwie nagrody Hugo za utwory literackie w gatunku SF ("Piaseczniki" oraz "Droga krzyża i smoka"). 
Opowdanie "A w tunlach panował mrok" zostało napisane przez Martina w roku 1973,  czyli w okresie jego szczytowej formy jako twórcy SF (w latach 80. "przesiadł" się na horror, a w 90. został scenarzystą i twórcą książek fantasy - oczywiście  ten skrót to tylko lekkie uproszczenie). Ja sięgnęłam do niego przy okazji mojego powrotu do starego rpg i klasycznej fantastyki.

Zarys fabuły:
Setki lat po Wielkiej Wojnie na Ziemi.
W dawnych tunelach metra spotykają się przedstawiciele dwóch światów - tych których przodkowie na wiele lat przed Zagładą wyemigrowali na Księżyc, z tymi których Apokalipsa wygnała głęboko pod powierzchnię ziemi.

Elin:
W zasadzie nie jestem fanką opowiadań s-f. W zasadzie to nawet ich nie czytam. Jednak to opowiadanie zrobiło na mnie wrażenie. Jest mroczne. Jest trudne. I w końcu jest mało sztampowe.

Jasne – mamy już całe mnóstwo opowiadań o cywilizacji na księżycu. Jeszcze więcej o wojnie na ziemi i ukrywania się w tunelach metra. Ale …. po pierwsze trudno zarzucać wtórność opowiadaniu napisanemu w 1973 r. Po drugie te dwa fakty - o księżycu i o metrze - z powodzeniem można by zastąpić czymś innym. Czymkolwiek. Bo i nie to jest w tej historii ważne.

Opowiadanie Martina pokazuje tylko bardzo mały kawałek świata. Jest jeden człowiek z ziemi. Dwoje ludzi z księżyca. On jest zwiadowcą. Oni to członkowie ekspedycji – naukowiec i ochroniarz (żołnierz ?).Oni są do nas podobni, a on pozostając na Ziemi ewoluował. Przystosował do życia. Życia bez światła. Bez głośnych dzięków. Bez wysokich sufitów. W tunelach, w których trzeba pełzać. Wiemy jednak, że oni – Ziemianie - stworzyli kulturę i społeczeństwo. Na miarę istniejących możliwości.Oni szukają kogoś podobnego do siebie. Niestety znajdują tylko jego.
Opowiadanie kończy się tragicznie, ale to już inna para kaloszy.

Co było w nim takie dobre?
Chyba przede wszystkim to, że po tym małym fragmencie świata miałam (i wciąż mam) ochotę na więcej (ta umiejętność to akurat moim zdaniem największy talent tego autora).  Opowiadanie stanowi krótką spójną całość. Pokazuje jedną jedyną scenę - od włączenia światła do zgaszenia. Wiemy jednak, że tam gdzieś jest świat. A nawet dwa różne światy. Nowe jednak niekoniecznie wspaniałe. Jak żyje ludzkość ? Jak wygląda ich kultura ? Jak codzienne życie? Co straciliśmy i zyskaliśmy w nowym świecie.
Tego chciałabym się dowiedzieć.





Błażej:
Ja dla odmiany bardzo opowiadania SF lubię. Antologia starych opowiadań SF z 1988 jest jedną z ciekawszych książek , jakie dostałem kiedykolwiek w prezencie i bardzo ją cenię. Z opowiadaniem Martina miałem jednak mały problem - ja ten wątek gdzieś już widziałem. Nie neguję, że sam pomysł na owe czasy mógł być całkiem nowatorski. Niestety, od tego czasu wątek spotkania ‘zprymityzowanych’ z ‘technologicznymi’ w realiach postapokaliptycznego świata był bardziej niż wyjątkowo eksploatowany. Na tym pomyśle opierają się w końcu wszystkie Fallouty i pół Neuroshimy. Do tego cały czas nie mogłem się oprzeć dyskretnemu, acz znaczącemu podobieństwu do 'Bestii w Jaskini'' Lovecrafta. Któremu akurat trudno odmówić pierwszeństwa jeżeli chodzi o czas wydani
Co nie zmienia faktu, że opowiadanie czyta się bardzo przyjemnie. Jedyny chyba problem polega właśnie na tym, że nie wydało mi się aż tak nowatorskie i przełomowe, jak myślałam, że będzie.


A wy - co sądzicie o starych opowiadaniach s-f ? A może czytacie Georga Martina ? Znacie go z innych jeszcze dzieł ? Bo mam wrażenie że będzie go tu w najbliższym czasie trochę więcej ?


*Błażej - programista, twórca poziomkowego szablonu, szermierz, rpg'owiec. Słowem - samiec idealnie dobrany. Koniec reklam.

"Gra o porządek" czyli sposób na podwójny bałagan

Spójrzmy prawdzie w oczy - sprzątanie jest okropne. Jest irytujące, zabiera mnóstwo czasu i trzeba je wykonywać ciągle od nowa. Na dodatek wydaje się tak bardzo mało istotne wobec innych zadań i celów, które można byłoby realizować zamiast niego. Jeszcze gorzej jest kiedy nie mieszka się samemu. No bo wiadomo - ktoś zawsze nie sprząta, a ktoś inny ma o to pretensje. Dzisiejszy tekst jest o tym jak wspólne sprzątanie zmienić we wspólną rozrywkę
Spójrzmy prawdzie w oczy - sprzątanie jest  okropne. Jest irytujące, zabiera mnóstwo czasu i trzeba je wykonywać ciągle od nowa. Na dodatek wydaje się tak bardzo mało istotne wobec innych zadań i celów,  które można byłoby realizować zamiast niego.

Jeszcze gorzej jest kiedy nie mieszka się samemu. No bo wiadomo - ktoś zawsze nie sprząta, a ktoś inny ma o to pretensje. Do tego dochodzi nasza naturalna skłonność do tego by widzieć ogrom tego co sami zrobiliśmy i nie zauważać pracy innych.

Sprawa wcale nie jest błaha.  Ponoć obowiązki domowe to powód ponad połowy kłótni we wszystkich stałych związkach, zaś na temat podziału obowiązków między partnerami  napisano co najmniej kilka książek (zakładam, że więcej, ale kilka widziałam).
Nie tracąc jednak czasu napiszę wam o rozwiązaniu.  Chodzi o zorganizowanie pewnej „gry” pomiędzy domownikami. Czegoś pomiędzy konkursem,  a grą planszową.
Jak w każdej dobrej grze gracze mają do wykonania zadania o różnej skali trudności i mogą zdobywać punkty za ich zrealizowanie.  Ten kto zdobędzie ich więcej wygrywa.  
 Każdy w końcu lubi rywalizację, prawda ?

ZASADY GRY
Na kartce wynotowujemy obowiązki domowe, które należy wykonywać w miarę regularnie. Na przykład: robienie śniadania, słanie łóżka, zamiatanie podłogi, odkurzanie, wieszanie prania, wypakowywanie zmywarki, wynoszenie śmieci, zakupy i tak dalej i tak dalej…
Każdemu z tych obowiązków  przyporządkowujemy pewną wartość punktową -  w zależności od tego jak pracochłonny lub nieprzyjemny jest dany obowiązek.  Np. zamiatanie podłogi 1, odkurzanie 1, mycie podłogi 2, prasowanie 2 i tak dalej.
Potem trzeba już tylko skomponować tablice wyników, na której każdy uczestnik gry będzie zaznaczał wykonane przez siebie zadania. Tablice wyników należy wywiesić w widocznym miejscu aby każdy mógł na nią spojrzeć – u mnie wisi na lodówce.

Ja tablice wyników robię za pomocą tabelek.
Dla każdego obowiązku rysuję tabelę 4x7 – cztery kolumny i siedem wierszy. Czyli mam 30 okienek dla jednego miesiąca. Kiedy ktoś wykona dany obowiązek jeden raz może wpisać we właściwe okienko swój znaczek (u mnie jest to pierwsza litera imienia czyli "E").
Oczywiście jeżeli daną czynność wykona dwa razy w ciągu tego samego dnia, może wpisać dwa znaczki.
Przykładowo: jeżeli powieszę pranie raz w ciągu dnia to w tabelce "wieszanie prania" wpisuje sobie  jedno "E". Jeżeli powieszę dwie partie prania to dopisuje jeszcze jedno (mamy "E, E").  Jeżeli obie osoby wykonają dany obowiązek tego dnia to obie wpisują swoje znaczki w odpowiednie miejsce w tabelce. Przecież np. zakupy można zrobić niezależnie od siebie. Wtedy w okienku tego dnia mamy wpisane:  "E, B"

I to chyba już wszystko. 

Po miesiącu (albo innym założonym z góry okresie) następuje podliczamy zdobyte punkty.
Mnoży się wtedy ilość „sukcesów” danego uczestnika (ilość "znaczków" w tabelce) razy wartość danego obowiązku.
Przykładowo - jeżeli w danym miesiącu będę tylko i wyłącznie odkurzać w salonie, ale za to będę robić to codziennie to zgodnie z ustaleniem, że odkurzanie jednego pomieszczenia jest za 1 punkt, to na koniec miesiąca otrzymam 30 punktów.  Jeżeli każdego dnia będę odkurzać w salonie, a dodatkowo co drugi gotować obiad (który jest np. za dwa punkty)  to łącznie dostanę 60 pkt(/1 pkt x 30/+/2 pkt x 15 /).
I to będzie właściwie tyle.
Wygrywa ten kto zdobędzie więcej punktów.Można nawet ustalić nagrody. 

NA CZYM POLEGA SIŁA TEJ METODY ?
1) Przede wszystkim chyba wszyscy lubimy wygrywać i  zdobywać punkty. Dlatego gramy w gry planszowe, uczestniczymy w konkursach i zawodach. Nie ma nic złego w odrobinie zdrowej rywalizacji.

A poza tym ?
1) Wywieszone na lodówce zadania przypominają o ich wykonania.
2) Dzięki tabelkom możemy łatwo zobaczyć, od jak dawna dana czynność nie była wykonywana, a tym samym jak bardzo pilne jest zajęcie się nią w pierwszej kolejności.
3) Mała ilość naszych „zwycięstw” motywuje nas do podjęcia działań. W tym wypadku podjęcie działań oznacza sprzątanie. 
4) Zapisywanie wykonanych obowiązków pozwala też zauważyć pracę drugiej osoby. Jak pisałam wcześniej - wszyscy mamy tendencje do tego, by widzieć, że to MY pracujemy; często jednak nie zauważamy tego, że ktoś inny również robi mnóstwo rzeczy. Zanim zarzucimy komuś, że jest okropnym leniem, lepiej najpierw to sprawdzić.
5) Dzięki zdobytym punktom od razu dostajemy coś w rodzaju nagrody i uznania za wykonaną pracę. Lubimy przecież kiedy ktoś zauważa naszą pracę.

A mówiąc inaczej. Ta zabawa pozwala na zdecydowanie większą kontrolę nad utrzymywaniem porządku we wspólnym domu. Ma tez zbawienny wpływ na uniknie wszelkich konfliktów z tym związanych. Nie ma żadnego nieuzasadnionego: "Ty nigdy nie myjesz naczyń !"
Bo albo widać, że ktoś te naczynia jednak myje, albo nie. A jak nie myje,  to przecież wcale nie oznacza, że nic nie robi.
Ostatecznie zaś chodzi o to, ze w domu jest porządek, a jego utrzymywanie jest po prostu zdecydowanie bardziej zabawne.


Jak wam się podoba ? Może macie jakieś własne pomysły na utrzymywanie porządku ?

****
*Wartość punktową obowiązków można przyznać na początku lub na końcu zabawy – oba podejścia mają swoje plusy. Jeżeli ustalamy wartości punktowe "po" możemy uwzględnić to, czy dana rzecz jest chętnie czy mało chętnie wykonywana. Jednak nie polecam tego podejścia  w sytuacji w której choć jedna osoba uczestnicząca w zabawie „naprawdę” lubi wygrywać.

**Pierwotną inspiracją dla "gry o porządek" był tekst Rynn o grywalizacj. Na tej podstawie wykonaliśmy kilka testów. Powyższy tekst jest ich rezultatem i opisem najlepszego zastosowania praktycznego jaki udało się nam osiągnąć.

Jak zrealizować wielki cel i nie zwariować ?

Z całą pewnością istnieją ludzie, który potrafią realizować "wielkie cele" bez najmniejszego problemu. Osoby zorganizowane, zmotywowane, z doskonale opracowanym planem na zrobienie wszystkiego po kolei. One niewiele się dowiedzą z tego tekstu. Ja jednak z pewnością nie należałam do takich osób i minęły lata zanim nauczyłam się jak systematycznie realizować "wielkie plany"; rozkładać je na części i, przede wszystkim, przy ich realizacji nie zwariować. O tym jak można zrealizować "wielki cel" i przy tym nie zwariować pisze w dzisiejszym tekście.
Każdy z nas miał na pewno kiedyś do zrealizowania „wielki cel”. Jakieś zadanie,  którego nie dało się skończyć w jeden, dwa a nawet trzy dni.  Co ja mówię - którego nie dało się zrobić w tydzień. To mogło być zdanie matury, końcowego egzaminu, napisanie pracy magisterskiej. Albo może stworzenie książki lub nauczenie się języka obcego przed wyjazdem za granicę na dłużej.

Z całą pewnością istnieją ludzie, który potrafią takie cele zrealizować bez problemu. Osoby zorganizowane, zmotywowane, z doskonale opracowanym planem na zrobienie wszystkiego po kolei. One niewiele się dowiedzą z tego tekstu.
Ja jednak z pewnością nie należałam do takich osób i minęły lata zanim nauczyłam się jak systematycznie realizować "wielkie plany";  rozkładać je na części i, przede wszystkim, przy ich realizacji nie zwariować.

***
Jak zrealizować "wielki cel" i nie zwariować ?
Ja robię tabelkę i oznaczam liczbę jednostek pracy do wykonania w ciągu dnia. No i kupiłam sobie timer kuchenny.
A teraz spróbuję wytłumaczyć co mam na myśli.




Pierwszą rzeczą jaka robię kiedy mam do zrealizowania jakiś długofalowy cel jest zrobienie tabelki. Tabelka powinna zawierać tyle pól ile przeznaczamy (lub mamy) na dane zadanie. Tabelka służy do "odhaczania"  wykonanej pracy, czyli do wstawiania plusików i minusików.
Przykładowo – jeżeli mam na napisanie pracy miesiąc, to robię standardową tabelę 4x7 – siedem kolumn i cztery wiersze (właściwie 5x7 bo górna belka musi zawierać nazwy dni tygodnia).

Następnie określam ilość jednostek czasu pracy jaką mam zamiar poświecić danemu zdaniu w ciągu dnia oraz czas trwania jednej jednostki. Dla mnie jednostką czasu pracy jest zawsze pół godziny. To czas wystarczający żeby coś zrobić, ale niezbyt długi by zadanie było męczące i "zbyt męczące" by się za nie zabrać. Zadanie można "odhaczyć" po wykonaniu zaplanowanej liczbie jednostek.
(zadania można wykonać jedno po drugim, albo w jakiś wolnych chwilach pomiędzy robieniem czegoś innego np. pół godziny rano przed pracą i pół godziny zaraz po przyjściu do domu).

Ważne jest jedynie to aby czas pracy przeznaczać wyłącznie na wykonywanie danego obowiązku i nie robić w tym czasie absolutnie nic innego. Aby w tym pół godziny nie parzyć herbaty, nie układać długopisów, nie sprawdzać poczty ani facebooka. To ma być skondensowane pół godziny czystej pracy. Potem fajrant i możemy zrobić cokolwiek chcemy.

Przykładowo - jeżeli nie mam "noża na gardle", czyli krótkiego terminu realizacji, to staram się, aby czas pracy nad jednym celem zajmował mi nie więcej niż to pół godziny dziennie (czyli jedną jednostkę czasową). Jeżeli dobrze mi się pracuje, to sama z własnej woli dodaję jeszcze jedną lub dwie,  ale to wynika już wtedy  z mojej chęci, a nie konieczności wykonania obowiązku. Po zrobieniu zadania uważam obowiązek za skończony i mogę zabrać się za normalne życie.



Na czym polega siła tego podejścia ?
Po pierwsze na perspektywie nagrody, w postaci naprawdę wolnego czasu wolnego. Ten czas jest na wyciągnięcie ręki i jest znacznie dłuższy niż ten mały fragment czasu, który musimy poświęcić  na obowiązek. Praca do "ding dong" timera i można iść poczytać, iść do kina, spotkać się z ludźmi,  czy robić cokolwiek. Nie trzeba niczemu odmawiać z powodu tego, że ciąży nad nami widmo obowiązku. Czasem trzeba tylko wstać pół godziny wcześniej i mieć pracę z głowy. 
(moim zdaniem warto planować sobie wtedy wieczory, bo im milsza nagroda tym większa motywacja do skończenia pracy i nieodkładania jej na później).

Drugą siłą tego mechanizmu jest minimalny czas pracy, który mamy przed sobą do wykonania. Takie zadanie nie jest już wielkie i przytłaczające - skraca się do małego pół godziny.  Można je "połknąć" na raz więc i usiąść do niego bez zbędnego ociągania.
Bo z mojego doświadczenia wynika, że proces "zbierania się" do wykonania pracy jest często proporcjonalny do jej ogromu. Im cięższa i dłuższa praca tym trudniej się do niej zabrać. A jaki jest sens "zbierać się" przez godzinę, kiedy można w tym czasie robić przyjemniejsze rzeczy ?

Po trzecie - pół godziny pracy nie psuje humoru. Nie wiem jak wy, ale kiedy ja już pokonywałam siebie i zabierałam się do jakiegoś wielkiego zadania (np. do pisania pracy magisterskiej), to potem nie chciałam odpuścić i eksploatowałam ten fakt do wyczerpania baterii. Mój wysiłek włożony w "zbieranie się" był bowiem tak wielki, że miałam poczucie, iż byłoby grzechem zmarnować go na zbyt krótką pracę. Rezultat był taki, że odchodziłam od biurka smutna, zmęczona i z brakiem chęci do robienia czegokolwiek. Do życia też.

I na końcu - chodzi też o efektywność. Godzina pracy przy wypoczetym umyśle i bez rozpraszania się potrafi dać lepsze rezultaty niż cały zmarnowany dzień, w którym najpierw zbieramy się do pracy,  potem odciągamy od  niej by robić wszystko inne, a na końcu jesteśmy już tak zmęczeni, że chcemy tą pracą rzucać. A przecież godzina pracy codziennie (którą można bez trudu wygospodarować przed pracą lub po pracy)  to aż 7 godzin w tygodniu. Nie ma żadnych zmarnowanych dni i bezproduktywnego patrzenia w sufit - bo przecież timer tyka !

I to chyba już tyle.  

 ***

Temat przypomniał mi się bo obecnie obserwuje z perspektywy widza tworzenie cudzej pracy magisterskiej. Wygląda to mniej więcej tak - „piszący” ani nie pisze – bo ogrom pracy jest zbyt wielki, ani nie robi właściwie nic innego – bo przecież ma do napisana pracę magisterską.  W rezultacie całe dnie spędza na "zbieraniu się do pisania" oraz na robieniu rzeczy, które można najogólniej zakwalifikować jako nic nierobienie. Brzmi znajomo ?
Miałam więc motywacje aby przeanalizować wszystkie metody na ogarnięcie tego chaosu.

***
Metoda z timerem i krótkimi odcinkami czasu pracy sprawdza się tez do bardzo krótkich deadlin'ów
Coś w rodzaju - wielki egzamin po tym weekendzie.
Model jest podobny z tym, że jednostek jest więcej i są bardziej skondensowane np. pół godziny pracy i po każdym 10 minut nagrody na robienie czegokolwiek -  na internet, ćwiczenia, maile, zabawę z kotem. Potem znowu skondensowane pół godziny pracy.  Po 3-4 godzinach pracy godzinny spacer albo odcinek ulubionego serialu  i wracamy. I zdecydowanie jakiś termin końcowy - żadnego padnięcia ze zmęczenia wprost do łóżka.  Podzielony w ten sposób dzień jest znacznie bardziej efektywny niż założenie „dziś będę pracować cały dzień i jakoś to pójdzie”.  

***
Przy tej okazji mam pytanie - czy chcielibyście poczytać o innych tabelkowych metodach realizacji planów/celów; listach "to do" i wszystkim co z tym związane  ?

Jak prowadzić Pamiętniki ?

Prowadzenie pamiętników umożliwia zapamiętywanie ważnych momentów i przechowywanie wspomnień. Czasami też koloruje szarą rzeczywistość. O tym jaki jest sens prowadzenia pamiętników pisałam w czerwcu w notce: Po co tworzyć Pamiętniki? Dziś publikuje zapowiadaną wcześniej kontynuację tego wpisu: „Jak prowadzić pamiętniki, czyli o przechowywaniu wspomnień”. Zapraszam ! Prowadzenie pamiętników umożliwia zapamiętywanie ważnych momentów i przechowywanie wspomnień. Czasami też koloruje szarą rzeczywistość. O tym jaki jest sens prowadzenia pamiętników pisałam w czerwcu w notce: Po co tworzyć Pamiętniki?
Dziś publikuje zapowiadaną wcześniej kontynuację tego wpisu:
„Jak prowadzić pamiętniki, czyli o przechowywaniu wspomnień”

 Pamiętnik
1. Pamiętnik w zeszycie 

To był mój pierwszy sposób prowadzenia pamiętników. Kupowałam grube zeszyty w kratkę, o porządnej gramaturze papieru, taśmę, klej i kilka kopert. Następnie umieszczałam w nich odręcznie wykonane opisy ważnych wydarzeń, wklejałam zdjęcia i drobne cienkie przedmioty – ulotki, wycinki z gazet, suszone liście, nalepki, wizytówki.

To był dobry sposób prowadzenia pamiętnika. Odręczne pisanie notek pozwalało się na nich skupić i uczynić z opisywania wspomnień prawdziwy rytuał. Natomiast używanie do prowadzenia pamiętnika zeszytu sprawiało, że wszystkie wydarzenia zapisane były chronologicznie, nic się nie gubiło i nie było możliwości aby pewne rzeczy z  Pamiętnika wyjąć i zapomnieć je tam  włożyć z powrotem. Zaletą zeszytu był również duży format i fakt, że kolejne Pamiętniki dało się równo ułożyć na półce. 

Z czasem jednak zrezygnowałam z tej formy prowadzenia pamiętnika. Dlaczego ?
Pisanie odręcznych notek, było miłe i odprężające,  zajmowało czas, którego z wiekiem wcale mi nie przybywało. Raz napisana notka nie dała się dodatkowo modyfikować, co dla dyslektyka często oznaczało konieczność wstępnego pisania „na brudno”. Co więcej zeszyt narzucał zasadę skrupulatności i regularności, nie dając mi szansy na dopisanie lub uzupełnienie czegoś w dalszym terminie i często (szczególnie w przypadku dłuższych wyjazdów) nakazywało zabieranie grubaśnego zeszytu ze sobą (co w przypadku np. górskiej wycieczki nie okazywało się najszczęśliwszym pomysłem). Wiem, że mogłam zostawiać luki pomiędzy notkami, ale w praktyce nigdy nie umiałam wymierzyć dobrej ilości miejsca, a niewypełniane luki miały tendencje aby puchnąć i zarażać kolejne kartki. Sprawy nie ułatwiał również sam papier z którego zrobiony był zeszyt. Do Pamiętnika mogłam wklejać jedynie płaskie przedmioty np. zdjęcia, które na dodatek nie mogły być ani ciężkie ani grube.



Pamiętnik w zeszycie
2. Pamiętniki w pudełkach 

Metodą prowadzenia pamiętnika, którą stosuje obecnie,  są "Pamiętniki w pudełkach".
Pewnego dnia, przy okazji świąt,  kupiłam w hurtowni olbrzymią ilość składanych, białych pudełeczek formatu nieco mniejszego niż zeszyt A5. Ich celem było pakowanie prezentów, ciastek i cukierków dla przyjaciół i znajomych. Pudełeczka w hurcie kosztowały naprawdę grosze( tj. około 4 gr za sztukę), a duża ich ilość,  która została po świętach oraz ich ładny regularny kształt zainspirowały mnie do nowego ich wykorzystania. Okazało się to strzałem w dziesiątkę !

Jedno pudełeczko zawiera zwykle około 2 miesięcy mojego życia. W przypadku wyjazdów ta proporcja oczywiście się zmienia (np. tegoroczne wakacje w Bretanii to aż 4 pudełka, mimo że sam wyjazd trwał tylko 12 dni). Do pudełek wrzucam wszelkiej maści „pamiątki” czyli  przedmioty budzące moje wspomnienia np. ulotki, kamyki, zdjęcia, pocztówki itp. Każda pamiątka, przed wrzuceniem do Pamiętnika jest skrupulatnie opisywana za pomocą  białych samoprzylepnych karteczek. 
Do pamiątek dochodzą opisy zdarzeń pisane na komputerze lub ręcznie w wolnej chwili -  w drodze powrotnej pociągiem albo wieczorem przed snem w trakcie wycieczki. 
Staram się również pod koniec miesiąca włożyć do pudełka,  pisany codziennie na komputerze "Dziennik jednozdaniowy",  oraz tzw. "Podsumowanie miesiąca". 
W ten sposób komponuje "Pudełko skarbów" zawierające pełen opis zdarzeń danego okresu.

Ten sposób prowadzenia pamiętników ma mnóstwo zalet. 
Przede wszystkim pudełka mają równe, regularne kształty i można ustawić je równo na pułkach. Jak książki.  
Natomiast podpisanie ich na brzegach i od góry (nazwą miesięcy lub wydarzeń) sprawia,  że bardzo łatwo jest potem znaleźć interesujące nas Pudełko wspomnień i okres czasu do którego chcemy wrócić (to kolejna inspiracja książkami).  
Dodatkową zaletą jest to, że pudełeczka, w odróżnieniu od zeszytów, umożliwiają przechowywanie przedmiotów ciężkich lub takich które mają nieregularne kształty - kamyków, kapsli, kluczyków. W jednym  pudełku z wyjazdu do Francji mam nawet schowany fragment zardzewiałego, żeliwnego ogrodzenia (którym nie wiem czemu nie zainteresowała się wcale ochrona lotniska, mimo, że rekwirowali nawet słoiki z dżemami. Zupełnie jakby przewożenie w bagażu podręcznym wielkiego kawału żelastwa było najnormalniejszą rzeczą pod słońcem).
I co najważniejsze prowadzenie Pamiętników w ten sposób nie wymaga zbyt wiele czasu i daje możliwość wykorzystanie wolnych chwil. Opisy wydarzeń wykonywane są najróżniejszymi technikami – na kartkach w zeszycie, na tablecie, na komputerze, a czasem tez na biletach czy serwatkach.W podroży, w przerwie czy w podczas śniadania.

Czy istnieją wady "Pamiętnikowych pudełek ?" Na razie znalazłam zaledwie kilka. 
Przede wszystkim irytuje mnie czasem to, że moje pudełeczka nie są szczególnie duże, co wymusza automatycznie zgniatanie i składanie na wiele części niektórych przedmiotów. Z tego samego powodu nie włożę do pudełeczka np. całego zeszytu albo pamiątkowego szalika (mogę za to włożyć ich zdjęcia co jest pewnym substytutem). Pudełka niosą za sobą także pewne niebezpieczeństwo zgubienia niektórych pamiątek (coś się wyjmuje, a potem zapomina odłożyć - zgubienie gotowe). Nie wiem jak wy, ale ze mnie jest straszny bałaganiarz, więc odkładanie wszystkiego na miejsce wymaga ode mnie wielkiej determinacji.

Niemniej jednak wydaje mi się, że przy odrobinie skrupulatności pudełka to niezastąpiona i szybka metoda przechowania wspomnień. I bardzo ją Wam polecam.

Wstępne pakowanie pudełkowego pamiętnika

3. Dziennik jednozdaniowy

Niezależnie od pamiętników polecam prowadzenie tzw. "Dzienników jednozdaniowych", czyli pisanych ręcznie lub na komputerze króciutkich notek lub samych zdań opisujących dobre lub ciekawe rzeczy, które wydarzyły się w ciągu ostatnich 24 godzin. Prowadzenie takich Dzienników zajmuje tylko chwile, a daje poczucie dużej kontroli nad własnym czasem i poczucia że nasze życie wypełnione jest przygodami. Pozwala również te dobre rzeczy dostrzegać w codziennym życiu.
Kilka miesięcy prowadzenia tego typy Dzienników nauczyło mnie wielkiego optymizmu i patrzenia na świat przez specyficzne różowe okulary.

Dziennik jednozdaniowy w formie zeszytu

4. Podsumowanie miesiąca

Polecam również tzw. "Podsumowania miesiąca", czyli tworzenie małej refleksji na temat ostatnich 30 dni życia - teraz to będzie np. sierpień. Dzięki takim podsumowaniom można spojrzeć na własne listy zadań i celów oraz sprawdzić czy i w jakim zakresie je wykonaliśmy (a jeżeli ich nie wykonaliśmy to zanalizować dlaczego). Popatrzeć na to co udało się nam osiągnąć i co zmieniło się w trakcie minionego miesiąca; powziąć nowe postanowienia oraz cele.

Co sądzicie o "Pudełkowych pamiętnikach" ? Czy podoba się Wam ten sposób ? Czy może macie swoje własne, inne metody ? Jestem bardzo ciekawa Waszych odpowiedzi :) 

Po więcej zapraszam na Poziomkowego Facebboka

Blogi, które mnie inspirują

Na co dzień staram się nie tracić zbyt wiele czasu na przeglądanie internetu. Głęboko wierzę, że tam na zewnątrz jest świat pełen przygód (przynajmniej mam taką nadzieje), a doba jest zbyt krótka na to by ją tracić siedząc w domu i sprawdzać co dzieje się w świecie wirtualnym . Jest jednak kilka miejsc w internecie do których zaglądam regularnie. Ich czytanie jakoś nie sprawia, że czuje cały ten uciekający czas. Wręcz przeciwnie - zaglądanie na nie mnie cieszy, inspiruje albo podpowiada coś tak motywującego, że od razu mam ochotę wcielić TO COŚ w życie. Polecam Wam moje ulubione blogi, które cenię sobie przede wszystkim za to, że motywują mnie do codziennego uśmiechu, pokazują piękno otaczającego świata i poprawiają nastrój Na co dzień staram się nie tracić zbyt wiele czasu na przeglądanie internetu. Czasem robię sobie jedynie prasówkę po śniadaniowcach szukając czegoś dla siebie. Co do innych blogów to głęboko wierzę, że tam na zewnątrz jest świat pełen przygód (przynajmniej mam taką nadzieje), a doba jest zbyt krótka na to by ją tracić siedząc w domu i sprawdzać co dzieje się w świecie wirtualnym . Jest jednak kilka miejsc w internecie do których zaglądam regularnie. Ich czytanie jakoś nie sprawia, że czuje cały ten uciekający czas. Wręcz przeciwnie - zaglądanie na nie mnie cieszy, inspiruje albo podpowiada coś tak motywującego, że od razu mam ochotę wcielić TO COŚ w życie.

Polecam Wam moje ulubione blogi, które cenię sobie przede wszystkim za to, że motywują mnie do codziennego uśmiechu, pokazują piękno otaczającego świata i poprawiają nastrój.
(możliwe również że chodzi jednak o to, że ich autorki robią świetne zdjęcia jedzenia, ale to w moim przypadku na jedno wychodzi ).


1) Porannie http://porannie.blogspot.com/

"Porannie" to z założenia blog śniadaniowy. Tym jednak co go wyróżnia spośród wszystkich innych śniadaniowców (przynajmniej tych które czytam), jest osobowość autorki. Ania cała sobą i swoim podejściem do życia emanuje olbrzymią, niewymuszoną radością świata i olbrzymim optymizmem dnia codziennego, dostrzegając w nim to co proste i wspaniałe.

Na marginesie dodam, że wypróbowałam około 1/4 przepisów na śniadania umieszczonych na blogu i każdy z nich okazał się prawdziwym sukcesem.


2) Ugotujmy http://ugotujmy.blogspot.com/ 

Ten blog czytam od bardzo, bardzo dawna. Kiedyś nazywał się "Asieja Ciastko z Marzeń" i faktycznie wypełniony był przepisami na jedzenie,  któremu bliżej było do marzeń i czarów niż do zwyczajnych kuchennych receptur. 
A poza wszystkim Asia jest dla mnie mistrzem fotografii kulinarnej.


3) Bo ma być mrucznie http://www.bomabycmrucznie.pl/

To ponoć blog lifestylowy i ponoć w większości o kosmetykach i modzie. I z pewnością tego typu wątki również znajdując się na "Bo ma być mrucznie". Na szczęście jednak dla mnie,  wcale niema ich tam aż tak wiele. W tym blogu zachwyca przede wszystkim część dotycząca motywacji, działania i umiejętności spełniania swoich marzeń. 

4) Ania maluje... http://www.aniamaluje.com/ 

"Ania maluje..." to drugi blog z kategorii "lifestyle", który czytam.
Nie każdy poruszany na nim temat jest dla mnie ciekawy, a z wieloma wątkami które się na nim znajdują po prostu się nie zgadzam. Jednak mimo to,  czytanie „Ania maluje…” sprawia mi wielka radość i inspiruje do robienia nowych rzeczy.  Polecam szczególnie wpisy Ani dotyczące samodoskonalenia, pewności siebie i czynienia swojego życia takim jakim jakie powinno być. 






5) White Plate http://whiteplate.blogspot.fr/

Ten blog znają prawdopodobnie wszyscy polscy blogerzy kulinarni. Obecnie jego autorka powoli staje się ikoną polskiej kultury i stylu, wydaje książki i występuje w telewizji. Mimo to jej blog wciąż tchnie zachwytem nad rzeczywistością i czarem codzienności.
Na dodatek mam do tego bloga olbrzymi osobisty sentyment.  To bowiem "White Plate" rozbudziło we mnie jako pierwsze pragnienie dalekich podróży, smakowania obcych kultur i jednocześnie potrzebę spokojnego, prostego domu.



A Wy ? Jakie blogi czytacie najchętniej ? Jakie blogi sprawiają wam radość i na które zaglądacie regularnie ?

Przeszukaj posty

Facebook

Vegespot.pl - Przepisy wegetariańskie
Durszlak.pl